2012 - Czerwone Wierchy

    Korzystając z październikowego pobytu w Zakopanem postanowiłem połazić po górach. 
Najpierw w piątek, 5 października by poczuć atmosferę Zakopanego udałem się na długi spacer wiodący początkowo koło drewnianego kościółka pw. św. Antoniego z Padwy, księżówki i dalej poprzez rondo kuźnickie, skocznię, Krupówki, targ pod Gubałówką do kościoła i cmentarza na Pęksowym Brzyzku. 
Z powrotem Krupówkami, Zamoyskiego, Drogą Na Bystre w rejon ulicy Karłowicza. Sobotnie plany przewidywały wyjście z Kuźnic i dalej przez Polanę Kalatówki, Przełęcz pod Kopą Kondracką na Kondracką Kopę. Stamtąd miał być powrót przez Przełęcz Kondracką, Kalatówki do Kuźnic.
      Kościół św. Antoniego z Padwy w Zakopanem.

Schronisko na Hali Kondratowej

Takie były plany, a co z realizacją?
O godzinie 9.30 wszedłem na teren TPN, by po półgodzinie dotrzeć do Hotelu Górskiego Kalatówki, skąd kierowałem się za niebieskimi znakami w kiedunku na Giewont. Wcześniej, tuż po wejściu do TPN przechodzę pod wyciągiem kolejki na Kasprowy Wierch; po drodze widzę grupę dzieci które zatrzymały się aby odpocząć. Droga ładna, łagodnie wznosi się w kierunku gór.
Tym razem nie zatrzymuję się przy klasztorze Albertynek z położoną na jego terenie pustelnią  św. Brata Alberta Chmielowskiego. Gdybym miał więcej czasu, na pewno bym to zrobił.
Około 10.40 mijam po prawej białe skały, a w dali widać już schronisko na Hali Kondratowej. 
W schronisku pieczątka na mapę, krótki odpowczynek i dalej za znakami zielonymi na Przełęcz Pod Kondracką Kopą (1h20minut).
Około godziny 11 podziwiam daleki Giewont z krzyżem, do którego idzie dużo turystów. Zielonym szlakiem idzie znacznie mniej ludzi, dlatego pewnie jagody rosnące przy nim jeszcze nie są zjedzone...
Około 12.15 docieram na Przełęcz pod Kondracką Kopą. Pogoda piękna, ale wieje porywisty wiatr. Idę dalej.
 

Tatry słowackie

Na szczycie Kondrackiej Kopy odpoczywam i jem „małe co nieco”. Mogłem zabrać ze sobą termos.... Piękny widok na Giewont i słowackie Tatry Wysokie.
Zmieniam plany – nie wracam, ale idę dalej na Małołączniak, skąd kieruję się niebieskim szlakiem na Przysłop Miętusi. Po drodze w jednym miejscu pokonuję strome zejście z pomocą łańcuchów.
O 16.00 melduję się na Przysłopie Miętusim, kawał drogi przede mną jeszcze, lepiej się szło pod górę - dodatkowo jako niedzielny turysta odczuwam twardość własnych butów i skał po których idę. Trasa nieco monotonna wiedzie mnie do wylotu Doliny Małej Łąki.

Prawie koniec.

Na dole na szczęście stoi bus, którym jadę do Ronda Kuźnickiego. Ze względu na brak sił spożywam tylko kwaśnicę w karczmie i wlokę się na kwaterę.
Plany zrealizowane w 150 procentach, pobyt w górach będę odczuwał jeszcze parę dni.

A to już na pewno koniec. Niedziela i ostatnie zakupy.



Dolina Pięciu Stawów i Morskie Oko 2013.
Kolejny pobyt w okolicach Zakopanego był okazją do przypomnienia sobie jak góry wygladają z bliska.
Plan: dojazd do Palenicy Białczańskiej => Wodogrzmoty Mickiewicza => Wielka Siklawa => Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów => Świstówka => Morskie Oko => Wodogrzmoty Mickiewicza => Palenica Białczańska -> powrót do Zakopanego.
Nowe buty zapewniły mi dzień pełen wrażeń; najgorszy był powrót z Morskiego Oka do Palenicy Białczańskiej. Szybki marsz asfaltową drogą nie daje zbyt wiele przyjemności.
Utrudnienia na trasie: trochę oblodzeń w Dolinie Roztoki i pokonanie Głębokiego Żlebu.

Wyprawki 2014.

 

Wiosna (prawie) na Kasprowym.

Dolina Chochołowska i Kalatówki wiosną.

Ornak i Starobociański Wierch.

2015 - u stóp Kościelca.

Czarny Staw Gąsienicowy.


2016 - Rusinowa i Oravice


2016 - Atak na Babią Górę...:)

Od kilku lat szykowałem się na podbój Babiej Góry. Niestety, plany zawsze ulegały zmianom. Dopiero w sierpniu 2016 roku nastapił ostateczny atak...
Podróż samochodem z Miechowa na Przełęcz Liptowską trwała około 2 godzin. Na początku nie mogłem rozpoznać, czy jestem we właściwym miejscu, ponieważ nigdzie nie mogłem znaleźć tablicy informacyjnej. Dopiero pan z dolnego parkingu rozwiał moje wątpliwości.
Nastąpił szybki powrót na górny parking i rozpoznanie bojem. Na wchodzących (dopiero) czekała piękna tablica informacyjna i sklepik z pamiątkami. W sklepiku zakupiłem bilet i mogłem legalnie wejść na teren Babiogórskiego Parku Narodowego.
Kryzys "majowego turysty" trwał około godzinę, brakowało oddechu a nogi stawały się coraz cięższe. W normalnych warunkach schody są przyjacielem człowieka, ale w górach... powodowały większe zmęczenie. Sytuacja poprawiła się znacznie na Kępie (1521 m.n.p.m.). Stąd już prawie z górki, czyli lekko pod górkę:). 
Po drodze zaobserwowałem biegnących z góry turystów. Pomyślałem, że trzeba mieć niezłą kondycję, żeby tak śmigac po górach... Mój podziw trwał mniej więcej do godziny 11.00, kiedy to niemal jak Ikar dostałem skrzydeł. Ale było to już po drugiej stronie Diablaka (1725). Wcześniej była jeszcze Sokolica.
W rejonie Babiej Góry znaleźli się wszyscy właściciele samochodów parkujacych na dole, więc było gęsto. Na szczęście szczyt Babiej ma spore rozmiary, więc każdy znalazł dla siebie miejsce. Drugie śniadanie spożyłem po słowackiej stronie siedząc wygodnie na drewnianym klocku wystylizowanym na krzesło. Wczasy zagraniczne skończyłem około godziny 11. Dylemat czy wracać tą sama trasą, czy iść obok schroniska na Markowych Szczawinach rozstrzygąłem na korzyść poznania nowych szlaków. Schodzenie z góry nie jest proste, więc część trasy pokonywałem biegnąc. Najpierw znalazłem się na Przełęczy Brona, a następnie dostąpiłem zaszczytu obejrzenia schroniska na Markowych Szczawinach. Widok mnie zachwycił, jednak pokrzepiony dobrym czasem marszobiegu szybko udałem się w dalsza drogę. Tu już nie biegłem, lecz delektowałem się równiutką drogą wiodącą w kiedunku Przełęczy Krowiarki. Widoków nie było za wiele, ale był za to cień, co nie jest bez znaczenia, gdy słońce prawie w zenicie a termometr wskazuje ponad 25 stopni. Po drodze żółty szlak skręca w prawo by przez Perć Akademików dotrzeć na Babią Górę. Ja jednak szczyt mam już za sobą, więc idę dalej niebieskim szlakiem. Po drodze mijam jeszcze zielony szlak na Sokolicę i Mokry (jak sama nazwa wskazuje) Stawek. Jeszcze kilka chwil i mogę podziwiać szlaban u progu Polany Krowiarki. Tuż za szlabanem straganiki z serami i serkami - co oznacza, że nie wrócę do domu z pustymi rękami... 
Piękny widok z Diablaka na Tatry otoczone ławicą chmur ...

2017 - MIAŁ BYĆ SPACER

Góry przyciagają. Po powrocie znad zimnego i sztormowego Bałtyku należało zażyć jakiegoś normalnego otoczenia. 6 lipca budzik odezwał się przed godziną 5.00. To wystarczyło, żeby o godzinie 9.30 znaleźć się przy gospodzie Harnaś u wylotu Doliny Kościeliskiej.
Plan był taki, że idę dopóki się nie zmęczę. Miało to nastąpić w rejonie Schroniska na Hali Ornak, lub Smreczyńskiego Stawu. Dzień był pochmurny, więc mogłem się spodziewać w każdej chwili deszczu.
Około godziny 10.45 melduję się przy schronisku, gdzie następuje spadek wagi plecaka z kanapkami. Odpoczywam około kwadransa. Mam dylemat, czy iść krótkim czarnym szlakiem do Smreczyńskiego stawu, czy też udać się zielonym w rejon Kamienistego Żlebu. Drugi wariant budził obawy ze względu na możliwośc opadów deszczu. W pewnej chwili zauważyłem zagranicznych turystów, którzy kierowali się  zielonym szlakiem w kierunku Czerwonych Wierchów. Udałem się za nimi.
Po około 75 minutach marszu powinno być rozwidlenie szlaku w kierunku słowackiej granicy. Niestety, nie było ono oznakowane w dostateczny sposób, więc pomaszerowałem dalej w kierunku Chudej Przełączki mijając Czerwony Żleb.
W okolicy Czerwonego Żlebu zacząłem napotykać ciekawe, częściowo znane mi z obszarów Natura 2000 na Wyżynie Miechowskiej kwiaty, między innymi storczyki (poniżej galeria).
Mimo sporego zmęczenia po osiągnięciu Chudej Przełączki podjąłem decyzję o kontynuacji "spaceru".  I tak po kolei: Ciemniak, Krzesanica, Małołączniak, Kondracka Kopa.
Z powodu bólu w nogach jeden ze "wierchów" ominąłem, ale po spojrzeniu na mapę szybko na niego wróciłem. Nie opłaca się skracać trasy...
Na Przełęczy pod Kondracką Kopą zastanawiałem się, czy nie próbować zejść zielonym szlakiem do schroniska na Hali Kondratowej - jednak stwierdziłem, że nie dam rady. Lepszą alternatywą wydawał się zjazd kolejką z Kasprowego do Kuźnic.
Po krótkiej przerwie dalszy marsz: Suchy Wierch Kondracki, Goryczkowa Czuba, Pośredni Wierch Goryczkowy, aż w końcu Kasprowy Wierch. Po drodze stadko kozic z małymi kózkami zatrzymało wszystkich turystów na sesję fotograficzną. 
Do schroniska na Kasprowym schodzi się po schodkach. Nie jest ich wiele, ale aby je pokonać musiałem mocno trzymać się poręczy i balansować całym ciałem. Jeśli ktoś się przyglądał, to miał niezły ubaw.
Cena biletu prawie zwaliła mnie z nóg - a nogi były mi jeszcze bardzo potrzebne by zejść po schodach z dolnej stacji kolejki na przystanek busów.
Na dole gorący posiłek z zimnym napojem, a potem środek przeciwbólowy mający za zadanie ukryć skutki wielogodzinnego marszu. Dla niedzielnego turysty to normalne...
Meta na kwaterze - około 19.30.

Trasa wiodąca przez Dolinę Kościeliską rozpoczyna się przy gospodzie Harnaś.



Sianożęty - czyli okolice Bałtyku...

Na urlop wyjechaliśmy we wtorek 25 czerwca 2013 roku w godzinach porannych. Podróż rozłożylismy na dwa dni, ponieważ umówieni byliśmy z rodziną w Poznaniu. Dzięki Dance i Wieśkowi poznaliśmy miasto i jego historię.
Nad morze wyruszyliśmy następnego dnia, kierując się na Koszalin i Sianożęty. Na miejscu byliśmy około godziny 20.00. Mimo zimna obowiązkowo zaliczyliśmy plażę.  Zamieszkaliśmy w ośrodku składającym się z kilku domków murowanych. Nosił on nazwę „Pod Różą Wiatrów”. Z naszego domku wychodziło się prosto na plac zabaw, co było bardzo wygodne.
Na miejscu był plac zabaw,  świetlica i wypożyczalnia rowerów. Pierwsze dwa dni dogrzewaliśmy się piecykami elektrycznymi (uroki urlopu nad Bałtykiem).
Trzeciego dnia pogoda trochę się poprawiła. Byliśmy w Ustroniu Morskim i w Kołobrzegu na nabrzeżu.
Pewnego dnia pojechalismy do miasteczka westernowego w Zieleniewie. Były tam atrakcje dla dzieci i dorosłych, między innymi przejażdżka Jeepem i ognisty kankan w wykonaniu kilku tancerek. W samochodzie terenowym najlepiej ma kierowca - my niestety nie byliśmy kierowcami...
Odwiedziliśmy kościółek z XIII wieku oraz najstarszy dąb w Polsce, którego nazwano Bolesław. Rośnie on w lasach położonych na wschód od Kołobrzegu.
Podczas pobytu skorzystaliśmy też z „ciuchciowej” wycieczki z Ustronia do Sianożęt i z rejsu po Bałtyku.
Osobiście dwa razy wybrałem się na wycieczkę do Bagicza, gdzie znajduje się poniemieckie lotnisko wybudowane w latach 1935-1939. Hangary na samoloty rozsiane zostały na bardzo dużym obszarze. Stacjonowały tam Junkersy Ju 87 Stuka, które we wrześniu 1939 roku zrzucały bomby na Polskę.
Lotnisko było po wojnie używane przez wojska ZSRR – do 1992 roku.
Na lotnisku w Bagiczu ma swą siedzibę aeroklub, można tam odbyć lot samolotem poznając okolicę.
4 lipca 1989 roku z lotniska w Bagiczu wystartował myśliwiec bombardujący Mig-23 z 871 Sewastopolskiego Pułku Myśliwsko Szturmowego pilotowany przez płk. Skuridina. Po chwili silniki zaczęły tracić moc.
Płk Skuridin katapultował się nad Polską na wysokości około 100 metrów. Mig-23 bez pilota przeleciał nad obszarem NRD, a następnie „eskortowany” przez samoloty F-15 nad RFN i Mirage nad Holandią, spadł ostatecznie na ziemię w Belgijskim Kortrijk rujnując budynek mieszkalny i zabijając 1 osobę.
MIG-23.
W miejscowości Podczele, gdzie do 1992 roku był radziecki garnizon pozostało wiele budynków wzniesionych przed wojną przez Niemców.
W jednym z nich mieściło się kasyno oficerskie Luftwaffe wykonane w kształcie bombowca. Bogato wyposażony budynek jest obecnie wykorzystywane jako sanatorium.
W 1945 roku Niemcy wycofując się z tego miejsca wysadzili jedno ze skrzydeł        w powietrze. Prawdopodobnie było tam wejście do podziemnych korytarzy. Co się w nich znajdowało – nie wiadomo.
Zwiedziłem Muzeum Trzech Kultur i Trzech Armii (dawny dom kultury Armii Radzieckiej) z eksponatami "z epoki" oraz pomnikiem Lenina – bez głowy.
W tym samym budynku znajduje się pensjonat Bukowina.
Pewnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę do Dobrzycy, gdzie mieszczą się ogrody Hortulus.
Na stronie internetowej można się dowiedzieć, że ogrody tematyczne w Dobrzycy zostały założone w 1992 roku.
Łącznie rośnie tam ponad 6 tysięcy gatunków i odmian roślin, w tym gatunki egzotyczne oraz unikalne.
Ogrody zostały wielokrotnie nagrodzone, m.in. przez Polską Organizację Turystyczną.
Powierzchnia ogrodów to ponad 4 ha. Spędziliśmy tam piękne popołudnie, podziwiając zarówno rosliny, jak też budowle ogrodowe i rzeźby.
Niedaleko lotniska w Bagiczu (Bodenhagen) znalazłem stary niemiecki cmentarz; niestety ogołocony zupełnie z nagrobków. Przez dziesiątki lat nikt o niego nie dbał.
Porozbijane tablice nagrobne świadczyły o tym, że „nasi tu byli”.
Po dużym niemieckim cmentarzu w Kołobrzegu (niem. Kolberg) pozostało tylko lapidarium z pozostałościami nagrobków i pomnikiem.
Obecnie jest tam park. Podobne lapidarium znajduje się na terenie, gdzie przed wojną był cmentarz żydowski.
Historia zrównała ze sobą oprawców i ich ofiary. Nasuwa się pytanie, czy wiele lepiej wyglądają teraz polskie cmentarze na Wschodzie? 
Kreator stron internetowych - przetestuj